Duchowa chińszczyzna

Słucham niekiedy wrażeń ludzi z rekolekcji parafialnych.

– Słuchaj, ale fajny ksiądz był u nas! Grał na gitarze, a jak mówił kazanie do dzieci, dyskutował z nimi, to cały kościół aż trząsł się od śmiechu. Super!

- A co z waszym nawróceniem? – pytam. Zdziwieni patrzą na mnie jak na kogoś, kto się znów czepia. Przecież byli. Nie wystarczy?

 

Fakt, chrześcijaństwo to nie chodzenie ze zwieszoną głową i trzeba nam radości – także tej „kościelnej”, ale to jedynie przyczynek do czegoś znacznie poważniejszego. Czy wszystko – także wiara, nasz stopień przyjmowania Bożej prawdy i życia nią – ma być light? Przecież to absurd…

W myślenie wielu osób wdarła się siłą bardzo niepokojąca kategoria „fajności”. To słowo – wytrych, zresztą jedno z wielu tych, którymi posługujemy się na co dzień. Stoi za nim bardzo określona postawa. Wbrew pozorom problem nie jest nowy. Jezus też miał z nim do czynienia, ponieważ pokusa budowania wizerunku Boga „na ludzki obraz i podobieństwo” jest stara jak świat. Ludzie się zmieniają – nawyki pozostają. Wiara Abrahama,  przypomnienie ewangelicznego radykalizmu, który każe jasno określić priorytety w życiu (co jest twoim skarbem – gdzie jest twoje serce?), wreszcie wezwanie do czujności i wierności podjętym zobowiązaniom, wyrażone w przypowieści o roztropnym rządcy, przypominają podstawową prawdę o naszej wierze: nie może to być zbiór sentymentalnych idei, praktyk religijnych „na wszelki wypadek” i suma deklaracji (bez wewnętrznej woli ich wypełnienia) a postawienie całego swojego życia na jednej szali, ulokowanie w jego centrum krzyża i konsekwentne trwanie przy nim.

 

Problem, z którym dziś trudno sobie nam wszystkim poradzić, polega na tym, że wg kategorii myślenia wielu ludzi „fajny” ma być też Pan Bóg, tzn. taki, który na wszystko pozwala. Kościół ma jedynie przyklaskiwać ludzkim wyborom. Będzie wtedy tolerancyjny i nowoczesny, akceptowalny przez młodych. Ma być jak kelner w restauracji przynoszący kartę dań: – Proszę sobie wybrać – może przykazanie któreś pan sobie życzy? Nie trzeba wszystkimi się zbytnio przejmować, skądże. Reinkarnacja? A może Budda obok krzyżyka i pentagram na szyi?– proszę bardzo. Kochacie się? – nie ma problemu, małżeństwo, sex, wspólne mieszkanie to wasza prywatna sprawa. Przecież nie będziemy się spierać o szczegóły. Zbyt wiele rozbieżności pomiędzy deklaracjami a realną postawą? – cóż, człowiek nie jest dokonały. Zresztą, jest zbyt mało czasu – trzeba wycisnąć z życia, co się da!…

Tylko co wtedy zostanie z Ewangelii? Wszystko stanie się atrapą, życie zaś – tanią podróbką, swoistą duchową chińszczyzną – wersją „instant” oryginału – jak zupka w proszku – łatwo przyswajalną, prostą w przygotowaniu – nic to, że trującą, przepełniona sztucznością i konserwantami, gwarantującymi namiastkę smaku i trwałości. 

Jezus stanowczo protestuje przeciwko takiej postawie. Wszystko co mówił i co czynił miało dowieść, że wiara nie jest filozoficzną abstrakcją, ale przyjęciem za prawdę bardzo konkretnych wydarzeń, postawieniem problemu swojego nawrócenia na pierwszym miejscu w życiu, a nie tylko udawaniem, że tak jest. Jest podporządkowaniem wszystkich swoich spraw logice krzyża, zaufaniem do końca Jego słowom. Nie konta bankowe, korzystne kredyty, trafione lokaty ale On ma moc obdarowania nas prawdziwym życiem.